wtorek, października 31, 2006

Szkoda

Czy zastanawialiście się kiedyś do jakich granic absurdu może dojść oszczędnictwo i urzędactwo w Polsce? W moim osobistym odczuciu te dwie cechy są prawie tak nieskończone jak wszechświat. Idąc z pewną sprawą do firmy biurowej, prywatnej, nie spodziewasz się drogi czytelniku zapewne, że z chwilą przekroczenia bramy urzędu wkroczysz w złowieszczą i śmiertelnie niebezpieczną strefę urzędalskiego absurdu.
Po ostatniej przygodzie z samochodzikiem, chcąc odzyskać w miarę cały wozik, trzeba było dokonać cudu o nazwie "zgłoszenie szkody". Owszem, adres gdzie to trzeba zrobić jest ogólnie dostępny, owszem, godziny otwarcia przyjazne a urzędnicy fachowi. Jedna tylko rzecz jest dziwna. Udajesz się ludku do pokoiku z kartka na drzwiach informującą że to właśnie tu możesz zgłosić zdarzenie. Super! W środku stoi biurko, telefon i... No właśnie, nic więcej. Spodziewałeś się kogosia na krzesełku - kicha, kogosia nie ma. Okoliczne biurasy nauczone doświadczeniem każą podnieść słuchawkę telefonu i mówić.
Oszędność po byku, zwłaszcza że ceny połączeń telefonicznych do niskich nie należą. Przynajmniej nie było zajęte, wesoła kobitka wysłuchała wszystkich numerków i obiecała, że rzeczoznawca skontaktuje się w ciągu kilku dni roboczych.
Poczekamy, zobaczymy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza